Dodany: 2010-11-30 16:33|Autor: dot59Opiekun BiblioNETki

Czytatnik: Czytam, bo żyję

1 osoba poleca ten tekst.

W Kielcach i w Pułtusku


Rozglądając się za pozycjami, które dałoby się zaszufladkować jako „prewersalki”, a które wydawałyby się na tyle atrakcyjne, by obiecywać coś więcej niż tylko poczucie satysfakcji z poznania jednego więcej utworu „z myszką”, natrafiłam między innymi na taki oto tytuł: „W Kielcach. Opowiadania i uwagi o czasach szkolnych”, wydany w roku 1899. Autorem tego zupełnie zapomnianego dziś dzieła - o czym przekonałam się, poszukując o nim wzmianek w przebogatych zasobach internetowej wiedzy - był Adolf Dygasiński, jeszcze w moich szkolnych latach wymieniany w podręcznikach jako reprezentant pozytywizmu, autor realistycznych opowieści przyrodniczych i „obrazków z życia”. Jakieś jego opowiadania o zwierzętach czytałam w dzieciństwie i zapamiętałam jako całkiem udane, więc i za wspomnienia z lat szkolnych zabrałam się z przyjemnością, tym bardziej, że okazały się zaledwie dłuższym opowiadaniem, na jakąś godzinkę czytania. Gdy tylko zagłębiłam się w tekst, ogarnęło mnie poczucie deja vu, które - jak mi się zdawało - wynikało jedynie ze znajomości pewnej liczby tego typu historii. I „Wspomnienia niebieskiego mundurka”, i „Syzyfowe prace”, i „Edukacja Józia Barącza”, i „Grzechy dzieciństwa”, i „Bezgrzeszne lata”, i spora część opowiadań z „Tędy i owędy” - wszystko to traktuje o przeżyciach uczniów, uczęszczających do szkół w zaborze rosyjskim w okresie między powstaniem styczniowym a pierwszą wojną światową. Rzeczą oczywistą jest więc istnienie w każdej z tych szkół podobnej struktury, podobnego zakresu nauczania i podobnego składu socjalnego uczniowskiej społeczności. Ale kiedy już któryś z kolei kawałek wydał mi się za bardzo znany, nie wytrzymałam i wyciągnęłam z półki domniemane źródło tych podobieństw, wymienione jako pierwsze na powyższej liście. Niesamowite, jak bardzo podobne okazały się wspomnienia z dwóch różnych szkół, znajdujących się w dwóch różnych miastach - Kielcach i Pułtusku…

Dygasiński:
„Oto rekruci szkoły już się zgromadzili w klasie pierwszej, liczba ich dochodzi do sześćdziesięciu. Nowicjusze — niezdarne toto, gamoniowate i gapiowate — są smutni, mają miny rzadkie; niejednemu łza pożegnania z matusią jeszcze nie oschła na oku i żałość tkwi w sercu, coś jakby gwóźdź głęboko wbity. Jaki taki rozjaśnia się nareszcie i poprzez łzy uśmiecha myśląc: „Tu jednak jest dosyć przyjemnie". Ale tkliwszych myśl uporczywa ciągle dręczy: „Co też tam moi porabiają teraz w domu?"

Gomulicki:
„Sześćdziesięciu chłopców wybucha śmiechem i krzykiem. (…)
Boże! jacyż są śmieszni ci nowicjusze w swych workowatych mundurkach, w za długich, zawiniętych u dołu spodeńkach, z włosami spadającymi na ramiona lub przy samej skórze ostrzyżonymi (przy czym niewprawna ręka matki lub służącej usiała na ich głowach całe konstelacje gwiazd, słońc i księżyców), z wyrazem twarzy na pół wesołym, na pół płaczliwym, z niespokojnymi palcami, które muszą nieustannie coś skubać, czegoś dotykać, po czymś bębnić... „

Dygasiński:
„Za to weterani drugoletni, tak zwani „senatorowie", junacy zuchwali, otrzaskani z życiem szkolnym, zachęcają przykładem żywym do hałasowania i figlowania w klasie. Właśnie jeden taki wykrzykuje namiętnie:
— Panowie, zróbmy serka w pierwszej ławie!
A oczy mu się świecą, policzki pałają szałem swawoli i — choć to dopiero ranek — pot spływa z czoła. Ten się spracuje do wieczora!... Oho, ława już trzeszczy: senatorowie wzięli między siebie malca słabego jak gąsię i gniotą zapalczywie! Pierwsza nauka uspołecznienia.”

Gomulicki:
„Tamten zaś nie może wytrzymać na jednym miejscu. Wszędzie go pełno. Przebiega z ławki do ławki, mustrując małych, zalęknionych nowicjuszów; jednym wskazuje miejsca, innym zapina guziki u mundurów, innym jeszcze podsuwa pięść pod brodę, zalecając, żeby się prosto trzymali. To znów wskakuje na katedrę, przesuwa stolik, fotel, chusteczką kurz strzepuje. Za chwilę jest już przy tablicy, rysuje kredą olbrzymią głowę, ściera rysunek rękawem, a gąbką nos uciera, co wywołuje hałaśliwą wesołość w grupie przyglądających mu się malców. Wreszcie porzuca wszystko i przyskoczywszy do najbliższego towarzysza, zaczyna mocować się z nim jak siłacz cyrkowy.
Z całego jego zachowania się widać, że uważa się w istocie za "starszą osobę". Jest zresztą w klasie kilku takich jak on. Odbijają od tłumu nieśmiałych, niezgrabnych, niemądrze uśmiechających się pierwszoklasistów wielką pewnością siebie, minami zuchowatymi, ciągłą gotowością do bójki. Tamci to niby nowozaciężni rekruci; oni - stara gwardia. Już byli w ogniu, już proch wąchali. Znać to po ich twarzach, po mundurkach wytartych, po czuprynach, na których sterczą znamienne "wicherki"...
Są to - drugoroczni. „

Dygasiński:
„ Gwar tu panuje taki jak w szkole żydowskiej, gdyż żacy uczą się, uczą lekcji zadanych i każdy głośno powtarza swoje. (…)
Pierwszoklasista zamrużył oczy, obiema dłoniami zatkał uszy, aby słyszeć tylko siebie samego, kiwa się jakby senny i uporczywie wykrzykuje: „Jeż... jeż... erinacaeuseuropeus... erinacaeuseuropeus... Ma grzbiet i boki pokryte kolcami... pokryte kolcami... Jeż.. jeż... erinacae... Filarski, nie przeszkadzaj! Jak Bozię kocham, pójdę na skargę!... Może się zwijać w kłębek... w kłębek... w kłębek... Filarski, nie zaczynaj!"
Drugoklasista znowu wiercąc zapamiętale palcem w nosie uprawia historię Starego Testamentu i wymrukuje: „Widząc Laban, że się Jakub stał majętnym, zaczął mu tego mocno zazdrościć... zaczął mu tego mocno zazdrościć... Dyziu, przehandluj mi swoją piłkę! Dam ci za nią Machaona, Atalantę, Wstęgówkę pąsową i przez cały tydzień będziesz zjadał moje bułki na śniadanie". „Ee, nie ma głupich! Zięba mi dawał kawę, podwieczorki i gotówką dychę, a nie chciałem".
Tuż obok rozlega się niemczyzna, wygłaszana z niezmiernym naciskiem: Aut was — worauf, aut das— darauf; aus was — woraus, ausdas— daraus; bei was — wobei, beidas — dabei.
Jakiś żak na końcu stołu usiłuje przekrzyczeć wszystkich i woła donośnie, jakby kramarz zachwalający na jarmarku swoje towary albo woźny podczas licytacji: „Uri, Szwyc, Unterwalden i Lucern!... Uri, Szwyc, Unterwalden i Lucern!... Cztery kantony leśne!"
Dokoła stołu przechadza się poważnie trzecioklasista, chłopak rosły, płowowłosy, od czasu do czasu wytnie szczutka któremuś malcowi w tył głowy i jakby nigdy nic deklamuje z ogromną powagą: Proszłostoliet i sztoostałoś— Ot silnych, gordychsichmużej— Stol połnych woleju strastiej?”

Gomulicki:
„Chłopcy rozłożyli książki, uszy zakryli dłońmi i krzyczą na całe gardło, jakby chcieli owe głosy kuszące zakrzyczeć. (…)
- Meklemburg-Strelitz, miasto stołeczne Strelitz!... Meklemburg-Szwerin, miasto stołeczne Szwerin!... Hessen-Darmstadt!... Sachsen-Weimar!... Badeńskie!... Toskańskie!...
- Siedem krów chudych pożarło siedm krów tłustych!... Siedm krów tłustych pożarło siedm krów chudych!... Siedm krów chudych!... Siedem krów tłustych!...
- Nominativ: das Buch... das Buch... das Buch... Genitiv: des Buches... des Buches... des Buches... Dativ...
Szymczak, kołysząc się na gałęziach, wykuwa monotonnym głosem historię powszechną - opuszczając daty na zasadzie konwencji zawartej z Żebrowskim.
Nad tym całym chórem panuje przenikliwy dyskant Gembarzewskiego, który na szczycie dachu, w sąsiedztwie komina, skanduje bajkę Fedra:
- Ad rivum eundem Lupus et Agnus venerant...
Przeróżne dziwy z tą bajką wyprawia. To ją śpiewa na nutę krakowiaka, to deklamuje tonem na przemian groźnym, błagalnym, wesołym, jęczącym... Wyrazy najfantastyczniej przerywa, a potem wiąże ze sobą...
- Ad-ri-vum-e... ad-ri-vum-e... Un-dem-lu... un-dem-lu... Pus-et-a... pus-et-a... Gnus-ve- ne... gnus-ue-ne... Rrrant! rrrant!... rrrant! „

Dygasiński:
« — Żebyś wiedział, co za książkę teraz czytam! — odparł Krukowski z zapałem. — Niech się schowa „Robinson Kruzoe", „Awanturnik czyli Diabla Góra", „Żyd wieczny tułacz", „Kupiec paryski!" Powiadam ci, pierwszy raz w życiu zdarzyło mi się dostać takie dzieło, że się od czytania nie mogę oderwać!... Nadzwyczajnie ciekawe, ach, prześliczne! Zacząłem czytać wczoraj wieczorem i zostało mi jeszcze cztery kartki do końca; w klasie ogromnie człowiekowi przeszkadzają.
— Cóż to jest takiego?
— Rinaldo Rinaldini, sławny bandyta włoski! — zawołał Leoś wpatrując się w kolegę.
— To niby rozbójnik?
— Widzisz, rozbójnik rozbójnikowi nierówny... Rinaldini był, można by powiedzieć, rycerzem mężnym i często takich zwyczajnych rozbójników zwyciężał, a ludziom biednym nigdy krzywdy nie robił.
I Leoś zaczął opowiadać bardzo wymownie wszystkie wypadki ważniejsze z życia Rinaldiniego. Wojtek z początku słuchał na wpół uważnie, ale Krukowski uszczęśliwiony, że znalazł słuchacza, z którym może podzielić żywe wzruszenia, wpadł w niezmierny zapał: opowiadał słowem, a wyrazem twarzy, oczu, ruchami rąk, głowy, całego ciała popierał opowiadanie i wywarł na kolegę wrażenie nadzwyczajne. Stępowicz był na przedstawieniu widowiska teatralnego, dał się porwać grze aktorskiej Krukowskiego, zapomniał o rzeczywistości: Rinaldini napełnił jego duszę uwielbieniem.
Romantyzm gorący, szczery panował wówczas w życiu, z życia przechodził do książek, a z książek — znowu do życia; jeszcze się był nie zużył, nie spowszedniał i każdy umysł gorętszy napawał się wonią tego kwiatu, skąd czerpał zarazem podnietę do czynu. O, jak rozkosznie było marzyć o spełnieniu czynów świetnych a nieprawdopodobnych!”

Gomulicki:
„- Och, tak, tak - czytaj, kochany Bronku! Mam tu pod poduszką książkę - sięgnij po nią. Kolega książkę wydostał...
- A! Rinaldo Rinaldini! (…)
Rinaldo jest ideałem obu przyjaciół. Nie pojmują fałszywego założenia książki, nie widzą jej częstych wykroczeń przeciw moralności - zachwyca ich jedynie śmiałość i waleczność bohaterów, wielbią żywość opowiadania, nadzwyczajną ruchliwość obrazów, przesuwających się szybko jak w kinematografie.
Ponadawali sami sobie i najbliższym kolegom imiona wzięte z powieści. Bronek Dembowski jest Altaverde, Maks Bałandowicz - Cinthio, Józio Sitkiewicz - Leonardo. Imię głównego bohatera Sprężycki zatrzymał dla siebie.
(…)
- Wiesz? urządzimy teatr...”

Dygasiński:
„Nasz pan dyrektor wcale nie był złym człowiekiem, usiłował tylko nadać życie ideałowi szkoły, który wcale nie odpowiadał wymaganiom czasu. Jako wzór zakładu wychowawczego przyświecała mu szkoła pijarska i sądził, że — aby ją ulepszyć idealnie — potrzeba wzmacniać karność wychowańców, kontrolę nauczycieli, ścisłość stosowania się do przepisów, a reszty sam czas dokona. Wszelki objaw śmiałego postępowania na własną rękę, bądź ze strony uczniów, bądź nauczycieli, nastręczał mu myśl: „Jeszcze mało karności, mało kontroli, mało ścisłości!" I tak sądząc, że idzie naprzód, cofał się nieustannie. Tymczasem zestarzał się, znałogował w postępowaniu, zesztywniał w uporze, został owym krótkowidzem, który tylko siebie samego widzi i pragnie zawalić rwący potok życia martwym gruzem swoich przywidzeń. Każdy wstecznik, już dlatego że jest sobą, przyczynia się do zwiększenia siły prądu wywrotowego.”

Gomulicki:
„Inspektor, człowiek stary już, mógł był lata swoje wysłużyć, dostać emeryturę, ustąpić miejsca swego młodszemu...
Jedno było pewne: że żalu po sobie nie zostawiał. Kto go miał żałować? i za co? Czy ci, których skazywał tak często na hańbiącą chłostę lub na kozę, przeciągającą się nieraz do czterech i pięciu godzin? Czy ci, dla których miał zawsze namarszczone groźnie czoło, wysuniętą pogardliwie wargę, słowa zimne, grube, oschłe, pełne pogróżek, przejmujące trwogą tych nawet, co się do żadnej winy nie poczuwali?
Może jednak żal budził się w tych nielicznych wybrańcach losu, którzy unikali szczęśliwie kar szkolnych i przed którymi inspektor stawał jedynie jako rozdawca rzeczy dobrych: nagród i pochwał? I to nie!
Ten groźny zwierzchnik, tak pochopny do karania i dręczenia i rozwijający w tym kierunku nadzwyczajną energię, stawał się dziwnie ociężałym, gdy szło o sprawienie uczniowi przyjemności. Zdawało się, że z tajoną niechęcią i tylko pod przymusem udziela promocji i nagród, że gdyby to od niego wyłącznie zależało, ogół uczniów zostałby na drugi rok w tej samej klasie, a po upływie tego roku byłby wypędzony ze szkoły.
Niezawodnie myśli takich on nie miał - uczniom jednak zdawało się, że je czytają w jego zawsze chmurnym obliczu, w oczach patrzących ponuro spod brwi nasuniętych, w głosie basowym, do grzmotu głuchego podobnym.”

A jeszcze i to nie wszystko, bo był jeszcze - u Dygasińskiego nakreślony zaledwie w paru zdaniach, u Gomulickiego zajmujący parę stron - portret chłopca słynącego z wyśmienitej kaligrafii i obdarowującego przyjaciół własnoręcznie „wysztychowanymi” napisami, i scenka z inspektorem szkolnym wpadającym znienacka na stancję, by znaleźć corpus delicti w postaci resztek wypalonego przez uczniów „tytuniu”… (taka sama zresztą była, o ile mnie pamięć nie myli, także i w „Edukacji Józia Barącza”).
I mocno podobny styl, do tego stopnia, że gdyby nie fakt, iż „Wspomnienia niebieskiego mundurka” dzięki wielokrotnemu czytaniu prawie umiem na pamięć - kawałek na chybił trafił wyrwany z jednego z dzieł spokojnie mogłabym wziąć za zaczerpnięty z drugiego.
A przecież trudno posądzać jednego z tych autorów o plagiat czy nawet o nieświadome naśladownictwo. Ot, każdy pisał o tym, co ze swej szkoły najlepiej zapamiętał.

Ciekawe, czy komuś przydarzyło się natrafić na podobne analogie?



(c)Wszystkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie bez zgody autora zabronione.

Wyświetleń: 1037
Dodaj komentarz
Legenda
  • - książka oceniona przez Ciebie - najedź na ikonę przy książce aby zobaczyć ocenę
  • - do książki dodano opisy lub recenzje
  • - książka dostępna w naszej księgarni
  • - książka dostępna u innych użytkowników (wymiana, kupno)
  • - książka znajduje się w Twoim schowku
Patronaty Biblionetki
Biblionetka potrzebuje opiekunów
Recenzje

Użytkownicy polecają:

Redakcja poleca: