Dodany: 2021-04-15 15:43|Autor: idiom1983

Redakcja BiblioNETki poleca!

Książka: Pragnienie
Nothomb Amélie

1 osoba poleca ten tekst.

"A Wy za kogo Mnie uważacie?"


Powieść "Pragnienie" to moje pierwsze czytelnicze spotkanie z twórczością belgijskiej pisarki Amélie Nothomb. W pierwszoosobowej narracji, utrzymanej w konwencji monodramu, opisuje ona, jak trzydziestotrzyletni palestyński kaznodzieja, dla jednych Syn Boży, dla drugich tylko syn przedwcześnie zmarłego cieśli Józefa i jego żony Maryi, dla innych wreszcie niebezpiecznie ocierający się o buntownicze i wichrzycielskie tendencje radykał, Jezus zwany Chrystusem, dokonuje swoistego rodzaju rozrachunku z mającym się niedługo zakończyć własnym życiem i działalnością, bilansując zyski i straty, sukcesy i porażki, powodzenia i rozczarowania oraz jasne, ciemne i szare strony ludzkiej natury, która do tej pory była jego udziałem.

Akcja książki rozpoczyna się w momencie, kiedy Jezus, zdradzony przez Judasza, pochwycony niczym złoczyńca w Ogrodzie Oliwnym, zostaje doprowadzony przed oblicze namiestnika i prokuratora rzymskiej prowincji Judei, Poncjusza Piłata. Pierwszymi świadkami oskarżenia, które w majestacie prawa ma dowieść, iż Jezus winien jest śmierci, stają się... nowożeńcy z wesela w Kanie Galilejskiej. Zeznają, że co prawda Jezus faktycznie dokonał przemiany wody w wino, ale przez fakt, że zwlekał z tym niemal do ostatniej chwili, bawiąc się zakłopotaniem młodej pary, uczynił z nowożeńców ludzi skąpych i chytrych, lub w najlepszym razie niezaradnych i niegospodarnych. Jak zwał, tak zwał, przez to osobliwe wydarzenie oboje zostali wystawieni na pośmiewisko w oczach całej niewielkiej przecież małomiasteczkowej społeczności. Rybacy znad Jeziora Tyberiadzkiego zeznają, że wszystkie cudowne połowy ryb trafiały zawsze do sieci Szymona Piotra i pozostałych Apostołów, a tymczasem oni przymierali głodem, nie mogąc złowić ani jednej, choćby najmniejszej, rybki. Matka uzdrowionego chłopca skarży się, że jej syn, podczas swojej choroby cichy i spokojny, teraz stał się niesfornym urwisem i rozrabiaką. Oczyszczony trędowaty żali się, jak ciężkie stało się jego życie, od kiedy jałmużnę otrzymywaną za darmo od obcych jako źródło jego utrzymania musiały zastąpić zarobione przez niego własną ciężką pracą pieniądze. Wisienką na torcie są zeznania wskrzeszonego z martwych Łazarza, który uświadamia wszystkim, jak trudno jest żyć z niedającym się niczym wywabić trupim odorem własnego ciała... Spróbujcie nawiązać wtedy jakiekolwiek poprawne relacje z sąsiadami, proponuje retorycznie bynajmniej nieskonfundowany swoim śmiałym wystąpieniem Łazarz. Czy człowiek, który dopuścił się tyłu nieprawości, może być dobry? Piłat i pozostali śledczy nie mają wątpliwości, że nie.

Zapada więc wyrok, jedyny możliwy w całej tej sytuacji: śmierć przez ukrzyżowanie. Jednak w przeciwieństwie do ewangelicznego przekazu Jezus ma zostać stracony dopiero następnego dnia. Piłat chce, aby osadzony w celi śmierci skazaniec na własnej skórze przekonał się, że strach przed śmiercią i oczekiwanie na nią są często gorsze od niej samej, nawet tak okrutnej jak ta, którą w majestacie prawa ma się nazajutrz zadać Jezusowi. Ale nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło, gdyż ta odrobina czasu dana skazanemu, aby zaznajomił się z grozą własnego położenia, posłuży mu za właściwy moment do uczynienia obrachunku z samego siebie. Z mocy i łaski, które na niego spłynęły, i z relacji z ludźmi, jakie nawiązał, stąpając po palestyńskich bezdrożach.

Wspomniane wcześniej wesele w Kanie Galilejskiej było pierwszym momentem, kiedy moc dana Jezusowi od Boga, zwana później na potrzeby jego opowieści korą, uaktywniła się i zmaterializowała w strumień sprawczych działań, którym to strumieniem Jezus, początkowo z trudem i wciąż nieco nieporadnie, później coraz pewniej, co nie znaczy, że łatwiej, umiał sterować, kontrolować i poddawać własnej woli. Zamiana wody w wino okazała się być najbardziej lubianym przez niego cudem spośród wszystkich, jakich dokonał. Była swoistego rodzaju inicjacją, niczym pierwszy pocałunek, po same uszy zanurzający doświadczającego go człowieka w oceanie bezgranicznego, niedającego się opisać słowami przemożnego poczucia szczęścia. Wino, zabawa, taniec i śpiew, zadowolone miny biesiadników, zarumienione radością twarze uśmiechniętej młodej pary, niewdzięcznej dopiero po latach, sprawiło, że młody mężczyzna, którego kochająca matka zaczynała już delikatnie strofować o to, że sam jeszcze się nie ożenił (przyjść na wesele z matką jako osobą towarzyszącą to "obciach"), po raz pierwszy poczuł tytułowe Pragnienie. Pragnienie bycia czymś w rodzaju gigantycznego przekaźnika boskiej mocy i potęgi, która ze wszystkich sił pragnie spłynąć na każdego człowieka po to, aby uczynić go szczęśliwym. Jest tylko jeden haczyk i jeden kluczowy warunek, który może pokrzyżować boskie zamiary: wola człowieka, która z pełną świadomością i premedytacją może powiedzieć Bogu jedno krótkie i stanowcze NIE. I tutaj właśnie leży największa kość niezgody pomiędzy Stwórcą i najdoskonalszym spośród Jego stworzeń...

Szczerze i bez ogródek Jezus wyznaje czytelnikom "Pragnienia", że po wielokroć spotykał się z lodowatą obojętnością ludzi, słuchających tego, co miał im do powiedzenia. Tłum słuchający kazania, nieraz ostentacyjnie wręcz dawał wyrazy swojego znudzenia i zniecierpliwienia, sugerując, żeby Jezus dał sobie spokój z prawieniem wątpliwej słuszności morałów o miłości bliźniego, kochaniu swoich nieprzyjaciół, czy czynieniu innym tego, co sami chcielibyśmy od innych otrzymać. Po stokroć ważniejsze jest uzdrawianie chorych i karmienie głodnych chlebem powszednim i codziennym, którego tak często brakuje ubogim i sfrustrowanym swoim ubóstwem ludziom. Nawet największe mądrości nie nasycą głodnego brzucha, a od nadmiaru przyswojonej wiedzy nie ustąpią gorączki, krwotoki czy paraliże. Bardziej od zdrowego ducha ludziom potrzebne jest zdrowe ciało, po to choćby, żeby zdrowymi rękami zarobić na utrzymanie swoje i swojej rodziny. Dalejże więc, Jezusie, nie zwlekaj dłużej i czyń swoją powinność! Przecież właśnie po to do nas przyszedłeś, prawda? Dla materializmu miejsca jest aż nadto, a co z duszą? A po co komu dywagacje na tak trudne i niezrozumiałe tematy?...

Ludzie bywają różni, nie tylko pośród tłumu obcych, którzy epizodycznie przewinęli się przez ziemski życiorys Jezusa, ale też pomiędzy tymi, którzy mają odegrać w nim najważniejsze i pierwszoplanowe role. Jest Szymon Piotr, prostoduszny poczciwina, pokaźnej postury mężczyzna o stentorowym głosie i mało wyszukanych manierach przy stole, odważny i bezkompromisowy, któremu zabrakło tych cech, kiedy wypierał się znajomości z Jezusem. Jest Judasz Iskariota, osoba, która nie może odepchnąć od siebie wrodzonego poczucia pesymistycznej niewiary w drugiego człowieka i jego intencji względem postaci Judasza - zapewne samolubnych i podszytych chęcią własnego zysku judaszowym kosztem. Taka postawa siłą rzeczy rodzi poczucie pewnej pustki i wyobcowania, a stąd tylko jeden mały krok do permanentnej samotności, doprawionej złością i pretensjami do całego świata o jego wyimaginowaną względem nas samych winę. Opisu spotkania Jezusa i Judasza podczas "piekłowstąpienia" tego pierwszego, jako niezbędnego elementu w dziele zbawienia ludzkości, nie powstydziłby się sam Dante Alighieri na kartach swojej głośnej i sławnej "Boskiej Komedii". Jest Maria Magdalena, w której przepięknym obliczu Jezus jest autentycznie i z wzajemnością zakochany, lecz nie ma w tym uczuciu grzesznej pożądliwości, wyuzdania, cudzołóstwa, bezwstydnego ulegania pokusom czy rozpasanej rozpusty, a jedynie dar składany ukochanej osobie ze słów, gestów, spojrzeń, rumieńców i dobrych uczynków. Jest wreszcie ukochana matka, wedle słów samego Jezusa, kobieta po wielokroć lepsza on niego samego, której łagodne usposobienie ten starał się naśladować w kontaktach z pyszniącymi się faryzeuszami czy uczonymi w piśmie. Incydent z przekupniami w Świątyni Jerozolimskiej najdobitniej potwierdza tę tezę. To matka weźmie w ramiona zdjęte z krzyża ciało swojego dopiero co zmarłego syna, okrutnie umęczonego za nie swoje winy, a na jej dziwnie spokojnym i -co jeszcze dziwniejsze - odmłodniałym obliczu trudno będzie zobaczyć ślady smutku czy rozpaczy. Nazywając syna "barankiem", utuli go tak samo czule, jak w betlejemskiej stajence wiele lat wcześniej. Oto bowiem Boga Ojca winno się nazywać "miłością", bezosobową siłą, niczym światło czy powietrze przenikającą wszelkie zakamarki całego świata, którą to siłę wszystkie przykazania, ewangelie, katechizmy, teologie i konstytucje starają się bezowocnie zdefiniować. Tymczasem Jezusa wypada nazywać raczej "kochaniem", aktywnym, zmysłowym i cielesnym procesem, pełnym przytulania, objęć, dotyku, kontaktu, czułości, poświęcenia, pocałunków i delikatności.

Jezus w powieści Nothomb to wyznawca panteizmu, dysponujący wyostrzonymi zmysłami wzroku, słuchu, węchu, smaku i dotyku, chłonący i afirmujący całym sobą piękno mierzonego boskim geniuszem kreacyjnego aktu stworzenia. Ale jest też coś w zamian. Im mocniej i intensywniej Jezus zachwyca się zakwitającym kwieciem, gwiazdami na wieczornym niebie, rosą, obmywającą delikatnie bose nogi, spacerujące po łące o poranku, czy smakiem świeżo upieczonego, jeszcze pachnącego piecem chleba, tym większy ból i cierpienie zadadzą mu rzemienie bicza orzącego mu plecy, kolce cierniowej korony na głowie, ciężar dźwiganego krzyża i gwoździe, przebijające jego dłonie i stopy. Ludzie tacy, jak Szymon z Cyreny czy późniejsza święta imieniem Weronika, będą unikatowymi wyjątkami spośród tłumu, złaknionego taniej i darmowej rozrywki. Od "Hosanna!" do "Ukrzyżuj!" tylko jeden krok...

Moim zdaniem w powieści Nothomb najsilniej oddziaływa na czytelnika poczucie zmiany, jakie niechybnie musi się dokonać w życiu człowieka, aby postać Jezusa mogła odegrać w nim jakąkolwiek pozytywną rolę. Stagnacja, rutyna, nawyki i przyzwyczajenia, przysłowiowy "wróbel w garści" i samozadowolenie się pospolitą przeciętnością, to najwięksi wrogowie głoszonej przez Jezusa Dobrej Nowiny. Ludzie bardzo często chcą zmieniać zastany na świecie porządek, niemal zawsze autentycznie niesprawiedliwy i niepozbawiony wad i poważnych mankamentów, poczynając od kogoś innego. Trzeba zmienić rządzącą partię na inną, nieciekawą pracę na lepiej płatną, za ciasne mieszkanie na większe, a uciążliwych sąsiadów na ludzi do rany przyłóż, a wszystkie dręczące nas problemy i bolączki cudownie ustąpią jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Jezus z kart powieści Nothomb niczym wyrzut sumienia, ale jednak łagodnie i bez zarozumiałej natarczywości pyta czytelnika, co on zrobił ze swoim pragnieniem bycia lepszym? Czy aby nie wyschło ono niczym studnia na suchej i kamienistej, targanej wichrami i burzami jałowej pustyni? Nawet jeśli tak się stało, to nie jest to proces, którego nie można odwrócić ani naprawić.

Powieść Nothomb to odświeżające w prostocie swej formy i głębokości poruszanej przez siebie tematyki, znakomicie napisane i do głębi poruszające spojrzenie na postać Jezusa, który próbując dotrzeć do ludzkiego wnętrza, zadaje wszystkim razem i każdemu z osobna tak samo ważkie i trudne dzisiaj, jak i dwa tysiące lat temu, fundamentalne i kluczowe pytanie: "A Wy za kogo Mnie uważacie?" Uwikłani w egocentryzm, materializm, konsumpcjonizm, czy indywidualizm ludzie z całą pewnością udzielą na to pytanie wielu niejednoznacznych odpowiedzi, gdzie wiara w różnorakich proporcjach przemiesza się z obojętnością, zabobonem, tradycją, przyzwyczajeniem i wrogością. Lektura książki belgijskiej pisarki nie będzie panaceum na targające człowiekiem liczne wątpliwości. Warto jednak pochylić się nad tą objętościowo niepozorną książeczką, aby zapisane w niej słowa na nowo obudziły jedyne nieugaszone do tej pory ludzkie Pragnienie. Pragnienie bycia lepszym.








(c)Wszystkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie bez zgody autora zabronione.

Wyświetleń: 854
Dodaj komentarz
Patronaty Biblionetki
Biblionetka potrzebuje opiekunów
Recenzje

Użytkownicy polecają:

Redakcja poleca: