Dodany: 2021-05-10 20:06|Autor: jolietjakebluesOpiekun BiblioNETki

Redakcja BiblioNETki poleca!

Książka: Dzicy detektywi
Bolaño Roberto

1 osoba poleca ten tekst.

W poszukiwaniu Cesárei Tinajero


Jest pewien fragment w „Dzikich detektywach”, w którym Amadeo Salvatierra na bez mała trzech stronach wymienia imiona oraz nazwiska prozaików i poetów, znalezionych w Wykazie Członków Awangardy, czasami przerywając odczytywanie katalogu charakterystycznymi dla zamroczenia alkoholem dygresjami. Stary pisarz zaczyna wywód w sposób następujący: „Miałem swój jedyny egzemplarz «Caborki» pod pachą, a w lewej ręce «Actual Nº1», w prawej zaś szklaneczkę z mezcalem Samobójcy i popijając czytałem im kawałki z tego dalekiego roku 1921, i komentowaliśmy je sobie, akapity i mezcal, ależ piękny sposób czytania i picia, powoli i wśród przyjaciół (zawsze się przyjaźniłem z młodymi), i kiedy już niewiele zostało, nalałem ostatnią kolebeczkę Samobójców, pożegnałem się w myślach ze swoim starym eliksirem i odczytałem końcową partię «Actuala», czyli Wykaz Członków Awangardy, który w swoim czasie (i potem też, a jakże, potem też) tak bardzo zaskoczył swoich i obcych, twórców i badaczy tematu. Wykaz zaczynał się od nazwisk Rafaela Cansinosa-Assensa i Ramóna Gómeza de la Serna. Dziwne, nie?” [1]. Żeby jednak zrozumieć sens tej wypowiedzi należy cofnąć się do pierwszego podrozdziału drugiego rozdziału powieści, który wbrew wszelkim zasadom może być początkiem opowieści. Salvatierra odwiedzają dwaj młodzi ludzie. Włosy do ramion, obładowani książkami. Jeden z nich to Chilijczyk. Pytają o Cesáreę Tinajero.

Obie sceny mają miejsce w styczniu roku 1976. Wydaje się nieco zaskakujące, że rozpoczęcia powieści można się doszukiwać dopiero w drugim rozdziale, który jednak zdaje się być sugestywny, ważny i co nieco wyjaśniający w sensie fabuły „Dzikich detektywów”. Jednak to jeszcze nic, bo przecież sens i konstrukcję opowieści znajdujemy wiele stron dalej, w odczytywanej przez pijaka liście twórców awangardowych z lat dwudziestych. Na ile można być ignorantem, bądź zniecierpliwionym tudzież znudzonym prozą Bolaño, żeby obojętnie i szybko przebiec oczami po nazwiskach wymienionych przez Salvatierrę? Oczywiście złość na autora jest zrozumiała. Wszak pozwalania sobie na trzystronicowe bełkotliwe wynurzenia jednej z postaci powieści nie tłumaczy nawet jej ponadsześćsetstronicowa objętość. A zatem po co chilijskiemu pisarzowi zdenerwowanie lub znużenie i zniechęcenie czytelnika? Może to podstęp? Albo żart? Jakaś forma odwołania do mistrzów literatury południowoamerykańskiej, Marqueza i Cortazara? Realizm magiczny? Bolaño podkreśla bardzo często, ba, chyba opiera na tym fabułę, że rzecz dzieje się w środowisku sztuki awangardowej, modernistycznej. Nęci i zabawia się surrealizmem, dadaizmem, w końcu przecież wymienia z nazwy latynoską jego odmianę, czyli estrydentyzm. Przecież dadaizm to absurd, zabawa, dziecięce gaworzenie „da-da”, co może czytelnikowi skojarzyć się z bełkotliwymi wstawkami Salvatierry. Czytany przezeń Wykaz wydaje się z jednej strony błazeństwem, figlem, szelmostwem, które ma zaniepokoić czytelnika, zwieść na manowce, bo nic nie da szukanie nazwisk awangardzistów w internecie, zaspokojenie ciekawości, że Salvatierra to postać fikcyjna, a Cansinosa-Assensa i de la Serna rzeczywiste. Podobnie rzecz się ma z jednym z dwojga (a może trojga czy więcej?) głównych bohaterów. Arturo Belano jest, tak samo jak autor, Chilijczykiem. Podróżuje, pracuje, szwenda się i pisze w różnych miejscach Europy i Ameryki Południowej. Ich nazwiska różnią się tylko jedną literą i zmiękczeniem „n”. Poza tym Belano jest prawdopodobnie najbardziej synonimicznym alter ego pisarza Bolaño w literaturze. Gdy czytelnik zrezygnuje w końcu z wpisywania imion i nazwisk do wyszukiwarki internetowej, uzna niewątpliwie, że pisarz w tym miejscu powieści (Wykaz Członków Awangardy) dał wyraz swojemu manifestowi uznania dla nurtów artystyczno-literackich Ameryki Łacińskiej, które pojawiły się w latach dwudziestych ubiegłego wieku i, według niego, odrodziły (czy raczej odwoływały się, próbowały kopiować) w latach siedemdziesiątych wśród twórców urodzonych w latach pięćdziesiątych. Być może Roberto Bolaño wcale nie uświęca, nie uszlachetnia tego trendu, lecz kpi z niego, pokazuje jego miałkość, głupotę, brak wyrazu artystycznego. Jeśli nawet, to czy nie kryje się za tym ubolewanie i smutek nad straconym pokoleniem? Wiele fragmentów, scen, epizodów powieści może o tym świadczyć. Śmierć młodziutkiej poetki. Nagroda literacka ufundowana przez jej rodziców i samobójstwo jej ojca. Pobyt w szpitalu psychiatrycznym jego przyjaciela, z kolei ojca dwóch poetek. Pokazując uwikłanie bebechorealistów w narkotyki, bardzo swobodny seks, prostytucję, alkoholizm pisarz obarcza ówczesne reżimy południowoamerykańskie. Meksyk, a właściwie Mexico City, wydaje się pozornie dobrym do życia miejscem dla uciekinierów z innych państw kontynentu. Lecz to tylko ułuda, bo jest jedynie poczekalnią, przystankiem, punktem przesiadkowym także dla tutaj urodzonych, jak i tych, którzy przybyli z prowincji, by studiować czy pracować. Większość postaci „Dzikich detektywów” albo wraca do swoich wiosek i miasteczek na pustyni, albo odnajduje się na dłuższą bądź krótszą chwilę w Izraelu, Paryżu, Barcelonie, Austrii... W tle fabuły aż ciężko i duszno od polityczno-społecznych zarzutów stawianych przez autora.

Jeżeli istnieje paralela między pierwszym (spotkanie Salvatierry z Limą i Belano) a szóstym (trzy strony nazwisk artystów awangardowych) podrozdziałem, to nie można nie odczuć także związku między rysunkami zamieszczonymi w drugim i trzecim rozdziale. Znowu nieodparte wrażenie kpiny z awangardy. Bądź z czytelnika. Podobnie jak z nazwiskami z Wykazu Członków Awangardy, w przypadku rysunków możemy szukać w literaturze naukowej, czym charakteryzował się latynoamerykański dadaizm i interpretować graficzne zapisy poezji. Oczywiście z poczuciem własnej bezmyślności, braku wiedzy, tudzież bycia ofiarą żartów Bolaño. „I zapytałem chłopaków, powiedziałem im: chłopaki, co wyście zrozumieli z tego wiersza?, powiedziałem, chłopaki, ja od czterdziestu lat na to patrzę i nigdy nic za cholerę nie zrozumiałem. Taka jest prawda. Nie będę wam kłamać. I oni powiedzieli: to żart, Amadeo, ten wiersz to żart, pod którym kryje się coś bardzo poważnego” [2]. Właśnie. Za figlami w „Dzikich detektywach” stoi coś bardzo poważnego. Amadeo Salvatierra pyta, co to oznacza? Peruwiańczyk i Chilijczyk odpowiadają, że muszą trochę pomyśleć. I my, czytelnicy, pomyślmy. Na zmuszenie do wytężenia umysłu czytelnika autor pozwala sobie jeszcze co najmniej raz. Szczególna zabawa ze słownikiem łacińsko-polskim bądź z „Łaciną na co dzień” Czesława Jędraszki czeka niektórych odbiorców od strony 434 do 455, gdy Xosé Lendoiro opowiadając swoją historię ze współpracy z Arturem Belano używa po co najmniej kilku sentencji i wyrażeń łacińskich na każdej stronie. Roberto Bolaño oczywiście nie ma zamiaru ich przełożyć, a redaktor i tłumacze polskiego wydania potwierdzają zamiar autora. Wiersz jest autorstwa Cesárei Tinajero, meksykańskiej poetki-awangardzistki z lat dwudziestych. To jedyny jej utwór, który się zachował, a być może pierwszy i ostatni napisany. Czyżby znowu złośliwość autora, który całą artystyczną ideę bebechorealistów prawie trzech dekad dwudziestego wieku opiera na mało zrozumiałym rysunku? W rozdziale trzecim na kilku stronach kierowca i trójka pasażerów samochodu zmierzającego ku pustyniom Sonory zabawia się rysunkowymi zagadkami: Meksykanin widziany z góry, Meksykanin palący fajkę, Meksykanin na rowerku trójkołowym. Dwoje w tym aucie to niegdysiejsi goście Salvatierry, których od rozmów z nim dzieli jedynie kilka dni, czytelnika zaś kilkaset stron. Odbiorcy wydaje się, że przeszedł z Bolaño całą drogę południowoamerykańskiego surrealizmu, a tymczasem zamiast Ulisesa Limy i Arturo Belano, którzy odnaleźli sens wiersza z lat dwudziestych autorstwa sekretarki meksykańskiego generała, znajduje Juana Garcíę Madero, kontemplującego okna w domach kolejnych miejscowościach stanu Sonora w poszukiwaniu graficznej poezji estrydentyzmu: „Co jest za oknem? Gwiazda. (...) Co jest za oknem? Rozwieszone prześcieradło. (...) Co jest za oknem?” [3].

Postać Juana Garcíi Madery to klamry dla przestrzeni, którą wypełniają Ulises Lima i Arturo Belano. Rozdział pierwszy zatytułowany „Meksykanie zagubieni w Meksyku (1975)” i trzeci o tytule „Pustynie Sonory (1976)” są dziennikiem Madery z okresu od 2 listopada 1975 roku do 15 lutego 1976 roku. Drugi rozdział pod tytułem „Dzicy detektywi (1976-1996)” to dwadzieścia sześć podrozdziałów, stanowiących wypowiedzi prawie przypadkowych osób, występujących tylko w tej części powieści. Spojrzenie przez dość długą chwilę na spis treści pozwoli zrozumieć, jaką zwariowaną przygodą są spotkania z modernistyczną literaturą, nie tylko iberoamerykańską. Spisanie na kartce imion i nazwisk postaci występujących w trzecim rozdziale według spisu treści i zdobycie w ten sposób wiedzy, w których częściach świata fabuły dzieje się najwięcej, daje ogromną satysfakcję odkrycia zamysłów autora, ale już po chwili kładzie na tym cień taka oto wątpliwość: poszczególni narratorzy opowiadają swoje historie w jednym oczywiście miejscu, ale przecież mówią o wydarzeniach, które działy się w innych! Ach, ta zabawa, jakże to bliskie „Grze w klasy” Cortazara lub „Życiu instrukcji obsługi” Georges’a Pereca! Literackie szarady... A zatem opowieści o spotkaniach z Ulisesem Limą i Arturo Belano, dwoma młodymi bebechorealistami rozpoczynają się na ulicy República de Venezuela, obok Pałacu Inkwizycji, miasto Meksyk, w styczniu 1976 roku. Snuje je Amadeo Salvatierra. Z kolei Joaquín Font opowiada z ulicy Colima w dzielnicy Condesa, też w Mexico City w październiku tego samego roku i Kliniki Zdrowia Psychicznego El Reposo, przy drodze na Desierto de los Leones, na przedmieściach Meksyku od stycznia 1976 roku do sierpnia 1987. Historie pozostałych znajdujemy na kampusie pewnego uniwersytetu na północnoamerykańskich Środkowym Zachodzie, w Barcelonie, Paryżu, Londynie, francuskim Port Vendres, Tel Awiwie, Wiedniu, San Diego w Kaliforni, Rzymie, Calella de Mar i Malgrat w Katalonii, na Majorce. Nadzieje czytelnika, wzbudzone na podstawie treści rozdziału „Meksykanie zagubieni w Meksyku (1975)”, a chyba jeszcze bardziej pierwszej opowieści Salvatierry, i polegające na tym, że dowie się on całej historii życia Limy i Belano, a przynajmniej wszystkich szczegółów z lat 1976-1996, które z kolei odkryją tajemnice poezji awangardowej lat dwudziestych, co rusz stają się złudne. Kilkadziesiąt osób snuje mniej lub bardziej długie opowieści ze swojego życia. Relacje z czasami bardzo krótkich spotkań Limy czy Belano zdają się tylko pretekstem dla wynurzeń o własnych problemach, życiu w Mexico City i na obczyźnie, ważnych osobistych wydarzeniach, kłopotach sercowych, ekonomicznych i artystycznych, nieprawdopodobnych przygodach. Niektóre opowiadania pochodzą prawie sprzed chwili, inne wygrzebywane są z mroków pamięci. Czasami mają nastrój legendy. Innym razem opowieści awanturniczej. Zawsze przyprawione ogromną dawką surrealizmu. Choć wiele znajdzie tam czytelnik gatunków i motywów literackich, choćby odniesień do proustowskich impresjonistycznych retrospekcji i reminiscencji, to czytając każdą kolejną historię odnosi się wrażenie, że jej pierwszoosobowy narrator stoi przed kimś, kto prosi go o wypowiedź. Detektywem lub dziennikarzem poszukującym informacji o bebechorealistach? Może sędzią, prokuratorem, policjantem, bo przecież Bolaño nie pogardził w powieści także zabójstwem na pustyni stanu Sonora? Kimś, kto spisuje dzieje meksykańskiej awangardy lub biografem Limy i Bolano? A zatem kto jest w takim razie detektywem? Oni czy Peruwiańczyk i Chilijczyk poszukujący Tinajero? Czytelnik, któremu Bolaño podsuwa tajemnicę?

Jest w tych opowieściach oraz dzienniku Madery przede wszystkim motyw podróży. O wielu z wymienionych w powieści postaciach można powiedzieć, że wracają do domu niczym Odyseusz. Kwestią pozostaje, co jest dla każdej z nich domem? Dla Ulisesa Limy i Arturo Belano symbolicznym domem, czyli zwieńczeniem podróży, może być odszukanie poetki Tinajero. Dla Juana Garcíi Madero, który przeżył spotkania z cyklopami, czarodziejką Kirke i nimfą Kalipso (studia, bebechorealiści, romans z Maríą Font) była prostytutka Lupe: „Wracamy do impali, wracamy na pustynię. Szczęśliwy byłem w tej wiosce. Przed wyjazdem Lupe powiedziała, że możemy tam wrócić, kiedy zechcemy. Dlaczego?, zapytałem. Bo ludzie nas akceptują. (...) Ech, Lupe, jak ja cię bardzo kocham (...)” [4].

Roberto Bolaño zaprosił czytelnika do wyprawy przez dwa kontynenty i wiele miast. Także przez wszystkie chyba rodzaje uczuć, które skupiają się i na nim, i na bohaterach jego powieści. To także podróżowanie przez jego wiedzę o sztuce, kulturze i literaturze. Do swoich Itak wracają Ulises Lima i Arturo Bolano. Penelopę odnalazł Juan García Madero. Przed czytelnikiem na szczęście wiele jeszcze podróży literackich, do których Belaño skłania trochę kpiną, absurdem i surrealizmem.

[1] Roberto Bolaño, „Dzicy detektywi”, przeł. Tomasz Pindel, Nina Pluta, wyd. Muza, 2010, s. 221-222.
[2] Tamże, s. 383-384.
[3] Tamże, s. 614-615.
[4] Tamże, s. 613.

(c)Wszystkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie bez zgody autora zabronione.

Wyświetleń: 166
Dodaj komentarz
Legenda
  • - książka oceniona przez Ciebie - najedź na ikonę przy książce aby zobaczyć ocenę
  • - do książki dodano opisy lub recenzje
  • - książka dostępna w naszej księgarni
  • - książka dostępna u innych użytkowników (wymiana, kupno)
  • - książka znajduje się w Twoim schowku
Patronaty Biblionetki
Biblionetka potrzebuje opiekunów
Recenzje

Użytkownicy polecają:

Redakcja poleca: