Dodany: 2014-12-08 00:01|Autor: aleutka

Czytatnik: Notatnik

4 osoby polecają ten tekst.

Miło było czyli Wnuczki do orzechów część druga - uczucia mieszane i pozytywne


1. Tytuł. Wiem, że są tacy, którzy krytykują. Ja nie potrafię. Ten akurat tytuł wydaje mi się ujmujący, dowcipny, zabawny, serdeczny - same pozytywy. Wiem, że związek z treścią nikły i przekornie zauważę, że zdarzyło mi się pomyśleć "Szkoda takiego tytułu dla takiej Dorotki". Możliwe, że [dygresja osobista] odezwały się we mnie głęboko ukryte nostalgie, sama byłam bowiem dziewczyną spod orzecha włoskiego - i przez wiele lat podnosząc wzrok znad biurka mogłam wpatrywać się w imponujący Juglans Regia L. Do dziś zapach zielonych łupin orzecha wzbudza we mnie falę ciepłych uczuć a wspomnienie obierania orzechów - zwłaszcza z tej cienkiej, gorzkiej błonki jaką mają tylko bardzo młode owoce - i brązowych plam na palcach - falę nostalgii.[koniec dygresji osobistej]

2. Ilustracje. Nie zdawałam sobie sprawy jaki ogromny miałam z tym problem, dopóki nie minął. Otóż ilustracje - począwszy od Czarnej polewki - napełniały mnie zażenowaną tremą. Ilustracja przedstawiająca Laurę w Polewce (kiedy to rzeczona Laura siedzi opierając koślawe łokcie o koślawy stół z koślawym kubkiem i mnóstwem innych nieprzyjemnych elementów) wzbudziła we mnie wręcz niepokój. A potem było już tylko gorzej. Rysunki z Magdusią i Ignacym Grzegorzem... Podobnie jak rysunek przedstawiający Aurelię Bitner z oczami pozbawionymi białek, przez co podobieństwo do obcego z Roswell stało się nieco zbyt uderzające. Świat narysowany we Wnuczce napełnił mnie radością, bo z jednej strony - przywraca taką zawadiacką, jeżycjadową kreskę, zwłaszcza w rysunkach przedstawiających Dorotę czy Idę, a z drugiej jest wzbogacony o ciekawe, fantastycznie pasujące elementy. Portreciki braci Rojków są świetne. Od razu widać że to bracia i od razu widać, że każdy inny. Autorka wypróbowała inną technikę, rysując te zamaszyste rude czupryny i to dodało chłopcom charakteru. Zupełnie inaczej narysowane są drzewa, zwłaszcza orzech sprawia troche drzeworytowe wrażenie - tu też widać eksperyment bardzo udany.

3. Popkultura, panie dzieju, popkultura. Tak. Zaczyna się wdzierać do tego hermetycznego świata. Wprawdzie dowiadujemy się, że Ignacy Borejko do tej pory przyjeżdżając w odwiedziny do córki i lustrując jej biblioteczkę zawsze kończył rytualnym pytaniem, czy nie mają czegoś do czytania - ale tym razem - nawet przy ekstremalnie krytycznym stosunku do Kinga - senior rodu Borejków będzie musiał pogodzić się z jego obecnością. A wszyscy wiemy, że książki działają także przez osmozę - samą swoją obecnością na półce mogą na nas wpływać. Być może więc doczekamy czasu, kiedy obok Plutarcha stanie Stephen Saylor, albo Szamałek. Może nawet Pratchetta doczekamy, to byłoby świetne antidotum na tyrady ojca Borejki o tym, że świat spsiał a tożsamość się rozpada. Kiedy Pratchett sugeruje podobne pesymizmy czyni to jednak z większym wdziękiem i w dodatku niepozbawionym nadziei i humoru. Ucz się seniorze. Są pewne szanse, bo po raz pierwszy pojawiło się w Jeżycjadzie dziecko, które trzeba odkleić od tabletu, aby się przywitało z dziadkiem. Takie dziecko może bezwstydnie lubić Pratchetta co najmniej na równi z Arystotelesem i zaśmiewać się do łez z przygód Billa Bramy.

4. Kryminały po angielsku. Tak, przetoczyła się na forum fala niechęci i na podstawie opisów obawiałam się jakiegoś porażającego snobizmu. Ale nic takiego nie widze, przeciwnie wręcz. Zacznijmy anegdotycznie, od Zygmunta Kubiaka. Bodajże w Książkach i Ludziach wspomniał, że klasyczna greka to dla niego codzienność, bierze ją sobie do autobusu. Pamiętam to szarpnięcie zazdrości, rozpaczliwe poczucie, że ja to chyba nigdy bym tak nie umiała. Kiedy całkiem niedawno uświadomiłam sobie, że literatura w jezyku obcym jest mi niezupełnie obca, że mogę zabierać książki obcojęzyczne do komunikacji miejskiej i to właśnie robię przeżyłam szok stulecia. Nadal nie dorównuję Kubiakowi, ale stało się dla mnie realne coś, co jeszcze względnie niedawno byłoby kompletną fantazją. A przecież kiedy Gaba i Ida przerzucają się tytułami obcojęzycznymi mamy do czynienia z profesor (tak, wiem...) filologii i doktor (tak, wiem...) nauk medycznych, która MUSIAŁA do tego doktoratu po angielsku czytać. Nie ma innej opcji. Więc one sobie te kryminałki czytają - zapewne żeby nie tracić kontaktu z językiem, z czystej ciekawości. W odróżnieniu od niektórych krytyków uważam, że może to zachęcić powiedzmy dwunastolatkę do sięgnięcia po angielską wersję. Kryminały dobrze się tu sprawdzają. Chce się wiedzieć, jak się sprawa skończy, więc czyta się dalej. A potem drugą i jeszcze jedną i kolejną z serii. W moim subiektywnym odczuciu społeczeństwo polskie, zwłaszcza ludzie starsi albo w małych miejscowościach - boi się uczyć języków, bo króluje przeświadczenie, że jest to jakaś wiedza tajemna, wymagająca specjalnych "językowych zdolności". Tak nie jest. Owszem są ludzie obdarzeni wyjątkowymi predyspozycjami, ale nie każdy musi być profesorem filologii. Przy calej mojej (ogromnej!) niecheci do Łusi, ktora "angielski juz opanowała, poniekąd łatwo poszło" będę się upierała, że dla przeciętnie inteligentej dorosłej osoby opanowanie języka obcego na poziomie konwersacyjnym zaawansowanym jest możliwe, bo to po prostu można traktować jako narzędzie. Bo to wymaga po prostu determinacji, uporu, systematyczności i dużej ilości powtórzeń ;) Bardzo często problemy wynikają po prostu z blokady psychicznej. Właśnie książki takie jak Małgorzaty Musierowicz, traktujące całą sprawę jako coś oczywistego mogą tu wiele zdziałać. To traktowanie czytania w języku obcym (w dodatku obecnie najpopularniejszym, stosunkowo prostym, a nie jakims super skomplikowanym fińskim czy jeszcze innym) jako snobizm uważam za stereotyp szkodliwy i wart wytępienia. Nikogo przecie nie raziły łacińskie cytaty, a w pierwszych edycjach wręcz nie podawano tłumaczeń... Równajmy w górę. Jeśli się potrafi - zawsze lepiej spróbować przeczytać w oryginale. A polskie tropy też przecież są - Tatarkiewicz, Wierzyński czy Ionesco i Gombrich jeśli już tłumaczenia też włączamy ;)

5. Przyroda, natura i inne żyjątka. Tak wiem, był już taki podpunkt, w zupełnie innym kontekście - ale to jest klasyczny przykład uczuć mieszanych u mnie. Te wszystkie tyrady o Harmonii, o tym jaka to natura jest super, tylko życie w zgodzie z naturą, tylko wiejskie jedzenie i tak dalej budzą we mnie alergię. Te wysilone dowcipnie porównania o strugach sosu wśród naleśników pól budzą zażenowanie. Te sztampowe porównania o świątyniach pełnych majestatycznej ciszy budzą niechęć z czystej przekory. Te kompletnie księżycowe w swoim nieustawaniu zachwyty Dorotki sprawiają, że oczy zaczynają mnie boleć od przewracania. Ale w Irlandii zdarza mi sie zatesknić za wierzbami nad miedzą, więc włącza sie sentyment. A potem pojawiają się fragmenty, gdzie Dorota dzieli się swoją autentyczną pasją i wiedzą - i wtedy robi się ciekawie. Nawet dla Ignacego Grzegorza. . Bo tu właśnie wchodzi jedna z nielicznych pozytywnych rzeczy w Dorocie. Otóż jej pasja nie jest wbrew pozorom nakierowana medycznie i dziwię się, że autorka tego nie dostrzega. Dorota byłaby fatalną lekarką - jak już wykazałam poprzednio - byłaby natomiast fantastycznym biologiem. O ile autorka nie każe jej tonąć w sentymentalnym sosie u Dorotki widać właśnie zachwyt naukowca, konkretny bardzo i poparty łacińską nazwą każdego żyjątka. Ma dziewczyna właściwe nastawienie i dar popularyzatorski, świetnie by się dogadała z Geraldem Durellem w swoim czasie, może zresztą "Moja rodzina i inne zwierzęta" stoją już u niej na półce. Jeździłaby na ekspedycje badać wilki na Alasce i muchy w Amazonii. Podobnie jak Farley Mowat miałaby chyba kłopot z wyborem specjalizacji, bo tak wiele rzeczy ją w tym fascynuje (Podobnie jak Farley Mowat z drugiej strony nie rozumialaby chyba np. monofascynacji bliznami macicznymi u ryjówek). Podobnie jak bodaj Jennifer Owen mogłaby udowodnić zresztą, że wcale nie trzeba jeździć do lasów deszczowych po odkrycia nowych gatunków, twój ogród też się nadaje. Może właśnie ktoś taki jak Dorota, ktoś kto potrafiłby objaśnić czy dać przebłysk złożoności tych wszystkich mechanizmów na czysto biologicznym poziomie przekonałby naszego poetę do natury bardziej niż wuj Marek zabierający pod namiot. No ale nie wiem, czy mamy tu jakieś szanse, Dorotka jest na to zbyt pragmatyczna chyba (może właśnie dlatego, trochę wbrew swoim oczywistym predyspozycjom wybiera medycynę. Biologia sama w sobie jest - w jej oczach - zbyt mało narodowi użyteczna). Przychodzi mi od razu na myśl Konrad Lorenz, który - bez żadnych zabezpieczeń, gwarancji i planu B, nie wiedząc co z tego wyniknie - poświęcił rok swojego życia na obserwację szarych gęsi*. Z praktycznego punktu widzenia - opowiadał później - szare gęsi mnóstwo czasu spędzają na totalnym nicnierobieniu. Takie rozleniwienie się człowiekowi udziela. Potem trzeba sobie popływać, a potem znowu po prostu poleniuchować. W tych momentach lenistwa właśnie zachodzi komunikacja i można obserwować jej mechanizmy. Ktoś kto pozbawiony jest naturalnego talentu do pewnego rodzaju lenistwa nigdy nie zdoła tego udźwignąć, tłumaczył Lorenz. No i właśnie Dorotka, ta nieodrodna Gaba przeniesiona na wieś - zbyt szybko doszłaby do wniosku "Boże, ja nic nie robię!" i poderwałoby ją do jakieś nerwicowej aktywności. Z drugiej strony, ludzie w Jeżycjadzie przechodzą kompletne zmiany osobowości, może Dorotka też, zwłaszcza że znalazła naprawdę dobrego przyjaciela, który mógłby jej tego nauczyć... no ale raczej się na to nie zanosi. A szkoda. Ale przenosi nas to płynnie do punktu

6. Dorota i Ignacy Grzegorz, czyli najlepszy wątek miłosny którego nie było. Istnieje - praktycznie juz od Języka Trolli z krótką przerwą na Żabę - tendencja do kompletnego chrzanienia wątków romantyczno-obyczajowych w Jeżycjadzie. Widzimy albo dziewięciolatków zakochanych w sposob dziewięcioletni (więc wątku specjalnie nie da się rozwinąć) albo wątki owe spychane sa do tła przez Laurę, która w nieznośnie irytujący sposób próbuje ukraść każdą książkę tytułowej bohaterce. Apogeum tendencja owa osiaga w Sprężynie, o paradoksie, książce z Laurą w roli głównej - gdzie Musierowicz udaje sie osiagnąć przedziwny fenomen - książka kończy się tam, gdzie powinna dopiero nabierać rozpędu - czyli pierwszym prawdziwym spotkaniem zakochanych. Całą treść wypełnia poszukiwanie tego jedynego, raz ujrzanego ale wiadomo, że na całe życie. Nieznośnie kojarzy się to ze sztambuchem egzaltowanej czternastolatki. Moim zdaniem jest to klasyczne strzelanie sobie w stopę, ponieważ Jeżycjada bez konkretnych postaci w rozwijającym się i pogłębiającym związku to jak Odyseja bez wyprawy. Wyobraźcie to sobie - Odyseusz wyrusza, a ty sobie czytelniku dopowiedz sam, co sie dalej działo. Nie uważalibyście, że Homer trochę poszedł na łatwiznę? We Wnuczce mamy powtórkę z rozrywki. Przeczucia, sławetna Intuicja i bańki mydlane zastąpiły tę Sprężynową złotą nić. Wątek jest jednak odrobine bardziej uchwytny i nieporównywalnie bardziej romantyczny (na tyle, na ile może byc romantyczny wątek pod hasłem "Widzieliśmy sie dwukrotnie, nie zamieniliśmy słowa, ale zaręczamy sie na pierwszym spotkaniu - tez w zasadzie bez słowa"). Na szczęście we Wnuczce mamy też Ignacego Grzegorza i jego rozmowy z Dorotką wypełniają tę bolesną lukę. Te rozmowy to przebłyski dawnej Jezycjady. Humor, potoczystość, wyrazistość i totalna odmienność charakterów, ktore potrafią się spotkać jednak. Tak mogłaby rozmawiać Bella z Czarkiem (choc Bella byla oczywiście bardziej taktowna niż Dorota. No ale to nie jest w sumie trudne). Udaje sie Musierowicz pokazac jak rozwija sie coś, co może sie stać prawdziwą bliskoscią i przyjaźnią, a wpływ Ignacego G. Stryby na Dorotkę jest nie do przecenienia. (W tym kontekście bardzo mnie śmieszy przekonanie Dorotki naszej, że to ona mogłaby pomóc poecie, kiedy widać, że dzieje się wręcz odwrotnie). Wlaśnie dlatego mam wrażenie, że w książce spodobały mi sie rzeczy, które autorce wyszly mimochodem, na przykład spokojna pewność siebie Ignacego Grzegorza i jego spójność wewnętrzna w kwestii własnych emocji. Nasza hoża Dorotka ma dość prosty ogląd i pogląd na świat, a wszystko co sie w nim nie mieści budzi cielęce zdumienie godne dwunastolatki i chęć schowania sie za drwiną. Kiedy ktoś jej uświadamia, ze można patrzeć inaczej dla hożej Dorotki jest to coś w rodzaju szoku i okazji do poszerzenia dumnie ograniczonych horyzontów. Na przykład chłopak, który całkiem spokojnie prosi ją, aby wyłączyła swoją złośliwość w kwestiach, które sa dla niego najpiękniejszymi wspomnieniami. Dorotka zamiera z otwartymi ustami i przestaje sie wyzłośliwiać. Bardzo, bardzo lubię tę scenę. Chłopak, który otwarcie się przyznaje, że jest zakochany, nie pozwala sie z tego wyśmiewać i nie umniejsza swoich uczuć, bo przecież nie ma się czego wstydzić. Naprawde fajne, choć takie krótkie. Natomiast wisienką na torcie jest dla mnie reakcja Dorotki na informację o wieku Magdusi. No wyobraźcie sobie, ludzie złoci, to doprawdy totalne zaskoczenie dla siedemnastolatki odkryć, że chłopak może sie umawiać z dziewczyną o rok starszą od siebie. Tu już nawet Ignasiowi opadają ręce i jego reakcja jest jedyną słuszną. No i co z tego? Co z tego? Wobec takiego spokoju nawet Dorotka zmuszona jest, ku wlasnemu zapewne zaskoczeniu, uznać, ze moze trochę była ograniczona w swoim poglądzie na to, co uchodzi. Ale najbardziej lubię właśnie niewymuszony spokój Ignacego Grzegorza. Tak jest. Lubie w ogóle wrażliwców w Jeżycjadzie (w Czarnej polewce Ignacy Grzegorz nie był JESZCZE wrażliwcem, a Ignacy Borejko nie byl JUŻ wrażliwcem, pozwole sobie zauważyć) i ich prawo do bycia sobą. Właśnie dlatego tak nieziemsko mnie wkurza tendencja w ostatnich tomach, ze mężczyźni to tylko dumni silni i milczący sie liczą. Dlatego omal nie rzuciłam książką o ścianę, przeczytawszy ze wrażliwy, intuicyjny, artystowski, kompletnie inżyniersko nieporadny, metafizyczny i uparty Czarek zostal - tadam - właścicielem firmy przewozowej. Doprawdy. To Czarka zupełnie nie interesowało, wrecz przeciwnie. Czyżby odebrał telepatycznie albo via TARDIS przekaz Dorotki o tym jak to mężczyzna powinien zakasać rękawy i utrzymywać rodzinę bo inaczej się nie liczy jako mężczyzna? To juz BELLA jako właścicielka firmy przewozowej miałaby więcej sensu. Ta dziewczyna ma wprawę w przeprowadzkach, remontach i innym organizowaniu życia od początku. Mogłaby wręcz taka firma pakiety kompleksowe oferować w tym względzie :D No ale właśnie to jest ta dominująca i irytująca tendencja w postrzeganiu męskości w Jeżycjadzie ostatnio - i jest tak potężna, ze nawet wstecznie przerabia sie osobowość bohaterów. Może to i dobrze, ze Filip Bratek zniknął, choć nie wierzę, że to piszę. No ale może właśnie wątek Ignasia i Dorotki jest jutrzenką zmiany? Właśnie dlatego zamieszczam to w pozytywach - nie chcę tracić nadziei.

7. Maile. Wydaja mi sie sympatyczne i zindywidualizowane (choć tu się różnię chyba w ocenie od ogółu populacji). Wprawdzie z jednego maila od mamy Doroty wyłania sie obraz kobiety przerażająco wciśniętej w gorset konwenansu, a maniera Dorotki przejawiająca się nadmiarem wykrzykników jest dosyć irytująca (rozumiem oczywiście, ze autorka chce tu pokazać dziewczynę kipiąca energią, witalnością i optymizmem tak silnie że na nic innego nie ma już miejsca, ale osiąga raczej wrażenie egzaltacji, a egzaltacja chyba w założeniu jest Dorocie obca). Udaje sie natomiast Musierowicz przekazac charakter Borejkówien w tych mailach. Gabrysia i jej skrupulatność (choc oczywiście musiała mnie wkurzyć swoim założeniem, ze lekarz musi stawiać pracę ZAWSZE na pierwszym miejscu, bo inaczej byłby egoistą totalnym, a żona tegoż lekarza,, która się buntuje i od czasu do czasu chciałaby byc priorytetem już jest wstrętną egoistką, bo jak może sobie marzyć o gruchaniu pięćdziesięciolatków, apage!) Pulpecja i jej spokojny konkret i słoneczność, Ida i jej rozbuchany słowotok. To było fajne.

8. Bracia Rojek. Tak malo ich bylo, a tacy realni. Mam nadzieje na wiecej. (Nie mogę się tu za bardzo rozpisywać bo pojawiają się krótko i w przebłyskach, ale są obiecujący).

*Owszem, wynikły z tego podstawy etologii i pośrednio Nagroda Nobla, ale tego Lorenz wszak przewidzieć nie mógł...

Wnuczka do orzechów (Musierowicz Małgorzata)

(c)Wszystkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie bez zgody autora zabronione.

Wyświetleń: 1536
Dodaj komentarz
Przeczytaj komentarze
ilość komentarzy: 2
Użytkownik: Czajka 2014-12-27 18:44 napisał(a):
Odpowiedź na: 1. Tytuł. Wiem, że są tac... | aleutka
O, właśnie - książki. Mnie tu wyjątkowo zupełnie nie podobały się książki. Były takie zupełnie wrzucone bez związku. Ten Gombrich jako nagroda szkolna (?????!!!!), Tatarkiewicz bez cytatu żadnego. Ionesco już lepiej się odnalazł w tekście. Aż nabrałam chęci na niego. I na te notatki nienotatki.
Użytkownik: Ninti 2015-02-08 17:59 napisał(a):
Odpowiedź na: 1. Tytuł. Wiem, że są tac... | aleutka
Fajna recenzja. Miałam bardzo podobne odczucia w temacie wiejskiej natury, ról płciowych, Wsparcia Przez Wyśmiewanie i pierwszej pomocy. Też marzy mi się romans Dorota - Ignacy.
Legenda
  • - książka oceniona przez Ciebie - najedź na ikonę przy książce aby zobaczyć ocenę
  • - do książki dodano opisy lub recenzje
  • - książka dostępna w naszej księgarni
  • - książka dostępna u innych użytkowników (wymiana, kupno)
  • - książka znajduje się w Twoim schowku
Patronaty Biblionetki
Biblionetka potrzebuje opiekunów
Recenzje

Użytkownicy polecają:

Redakcja poleca: